Krótka rozprawa o remake'ach "The Thing"

Autor: Falleen
Korekta: Hagath
10 grudnia 2012

Mniej więcej od 2000 roku Hollywood skrupulatnie oddaje się konwencji tworzenia remake’ów. Największe hity XX wieku powracają na ekrany kin i ku uciesze widzów zachwycają wspaniałymi efektami oraz wyjaśniają owiane tajemnicą zagadnienia oryginału. Wytwórnie filmowe z roku na rok coraz przychylniej patrzą na propozycję powtórnej ekranizacji podstarzałego hitu. Scenarzyści, bazując na zdobytym uznaniu pierwowzoru liczą, iż odnowiona wersja, która często nie posiada zbyt wielu cech wspólnych z oryginałem, przyniesie nie tylko aprobatę w postaci licznych nagród czy nominacji, lecz również spore dochody satysfakcjonujące zarówno reżysera, jak i ekipę. Jednak próba stworzenia remaku, który w swojej koncepcji nie tylko dorówna, ale także przewyższy ustalony przed laty poziom, wiąże się z ogromnym ryzykiem niepowodzenia. Krytycy, na czele z wielotysięczną armią miłośników kina, podchodzą do owych przedsięwzięć z sporym dystansem. Traktują remake jako swoiste zagrożenie dla pamiętnego dzieła i otaczającej go sławy. Efektem takiego nastawienia jest pedantyczne wręcz doszukiwanie się w nowszych wersjach niedociągnięć bądź błędów niszczących stworzoną przed laty ideę. Skazują tym samym raczkujący jeszcze tytuł na przedwczesną śmierć w oczach zwykłych, szarych odbiorców.

W umysłach kinomaniaków przekonanie, że remake nigdy nie dorówna oryginałowi, osiągnęło tak bagatelny poziom, iż nieraz negatywna recenzja ujrzy światło dzienne prędzej niż film. Prawdopodobnie takie wszechobecne nastawienie, przekonało Matthijsa van Heijningena ,że jego najnowsze dzieło będzie prequelem, a nie marną kopią kultowego już filmu grozy z lat 80-tych.

Historia związana z filmem The Thing, gdyż o nim właśnie mowa, wywołuje w sercach krytyków zróżnicowanie odczucia. Wpierw pnależy przybliżyć eskapadę związaną z tworzeniem legendarnego dzieła. Promotorem, który rozpowszechnił w społeczeństwie strach przed imitującym ludzkie kształty potworem był Howard Hawks. Wydany przez niego w 1951 r. film The Thing From Another World był zarówno prekursorem, jak i podstawą do nakręcenia późniejszych dzieł o podobnej tematyce. Dzieło zostało przyjęte z ogromną aprobatą wśród krytyków oraz zwykłych kinomaniaków. Sukces tak nowatorskiej produkcji wliczając panujące czasy, krył się w aspektach psychologicznych, na których bazował cały film. Panujące uczucie odosobnienia, przesiąknięte dozą niepewności, towarzyszącej widzowi przez cały film, trafiło w gusta setek odbiorców na całym świecie. Dzieło pozostawiło jednak pewien niedosyt wynikający z mizernej gry aktorskiej oraz ubogich efektów specjalnych.

Entuzjaści kina science-fiction musieli czekać ponad 30 lat, zanim na ekrany kin trafił film o podobnej tematyce. Śmiałkiem, który podjął się stworzenia remake’u kultowego dzieła Hawks’a okazał się John Carpenter. Wydany przez niego The Thing oparty był na kanwach konwencji swego poprzednika. Carpenter’owi udało się przełamać krytyczne nastawienie do wskrzeszania zapomnianych tytułów i produkcja zyskała spore uznanie. Tak jak swój poprzednik,

The Thing opierał się na strachu wynikającym z niepewności i braku zaufania. Dzięki tym dwóm aspektom, podszywające się pod pracowników stacji badawczej „coś” po raz kolejny zyskało przychylność widzów. Jednak mimo pozytywnych recenzji zdobywanych przez film, korzyści z emisji dzieła nie osiągnęły planowanego przez wytwórnie pułapu. Głównym czynnikiem hamującym przychody była premiera innego filmu. Kilka tygodni przed ukazaniem światu dzieła Carpenter’a ludzie zakochali się w wzruszającej historii przyjaźni małego chłopca z małym, niszczącym wszelkie istniejące podstawy lingwistyki, kosmitą. E.T. Stevena Spielberga przez długie tygodnie piastowało zaszczytne miejsce najczęściej oglądanego filmu w kinach, spychając The Thing na drugi plan. Na niekorzyść Carpenter’a okazało się, że społeczeństwu bardziej odpowiada  wizerunek ciapowatego kosmity niż obleśnego potwora, który wyżyna w pień całą ekipę badawczą. Cała karuzela nakręcana przez przesłodzony obraz kosmicznej integracji Spielberg’a ograniczyła się do zredukowania zysków, które mógł osiągnąć The Thing. Natomiast tytuł jednego z najlepszych filmów grozy tamtych lat, pozostał nienaruszony i przez kolejne lata zyskiwał rzesze nowych zwolenników.

Wydawać by się mogło, że historia pamiętnego dzieła Hawks’a zakończy  swój żywot w 1982 r. Jednak po przeszło 30 latach, Hollywood po raz kolejny dostrzegło drzemiący potencjał zawarty w wiekowym tytule i podjęło się podgrzania kultowego dzieła. Do pracy nad projektem został zaprzęgnięty mało znany reżyser Matthijs van Heijningen. Twórca prawdopodobnie przeczuwał, że kolejny remake nie wzbudzi większego zainteresowania więc postanowił nakręcić prequel. Akcja najnowszego The Thing ukazuje widzowi krwawe wydarzenia poprzedzające fabułę przedstawianą przez Carpenter’a.

Dobra passa, która opiewała tytuł przez kilkadziesiąt poprzednich lat, musiała się kiedyś skończyć. Pech chciał, że do głośnego końca przyczynił się sam reżyser. Od pierwszych minut filmu widz dostrzega kompletny brak finezji autora. Wszechobecny schemat, że główną rolę w horrorze odgrywa ponętna kobieta, która jest nie do powstrzymania, dosięgnął nawet tak prestiżowego tytułu jakim miał być The Thing. Wydarzenia przedstawione w filmie do złudzenia przypominają sceny z dzieła Carpenter’a. Reżyser zrezygnował jednak z konwencji stopniowego budowania napięcia, w wyniku czego widz po kilkunastu minutach seansu zostaje wrzucony w głęboką kałużę krwi, w tle której jawią się krzyki mordowanych uczestników stacji. Natomiast uczucie niepewności będące dotychczas główną zaletą filmu, zostało wyparte przez monotonne typowanie przez widza kolejnych ofiar potwora.

Matthijs van Heijningen tworząc The Thing poległ w przedbiegach. Dzieło, które z założenia miało być prequelem, bardziej przypomina nieudany remake. Mimo wspaniałych efektów i dobrej gry aktorskiej, film nie straszy tak jak swoi poprzednicy. Widok rozkładających się zwłok i notorycznego wyskakiwania potworów z każdego możliwego kąta, nie wzbudzi entuzjazmu wśród koneserów kina.

Seria filmów The Thing przeżywała wzloty i upadki. Widz oglądając kolejne części dochodzi do wniosku, że każdy następny film, posiada „coś”, czego brakuje drugiemu. Tak oto na jednym seansie odczuwamy żenującą grę aktorską, przeplataną niskim poziomem efektów, a na drugim zachwycamy się kunsztownym rytuałem zabijania, który jest specjalnością dobrze znanego potwora. Jedyną częścią, która w większym bądź mniejszym stopniu zachowała równowagę pomiędzy grą aktorską a dostępnymi na owe czasy efektami, jest The Thing z 1982 roku. Czynnikiem, który sprawił, że dzieło Carpenter’a wbiło się w kanony kultowych filmów grozy jest niepowtarzalny klimat, którego nie potrafili stworzyć pozostali twórcy ciepłolubnego potwora.  



blog comments powered by Disqus