Spory wokół imion bohaterów serii „Bractwo Czarnego Sztyletu”
Bestsellerowa seria powieści o wampirach rozpętała burzliwą dyskusję w internecie. Bractwo Czarnego Sztyletu J.R. Ward, które od kilku lat gości na amerykańskich i europejskich listach bestsellerów, było znane polskim czytelnikom na długo przedtem, zanim pojawiło się na rynku polskie wydanie dwóch pierwszych tomów serii. W planach na ten rok polski wydawca powieści (Videograf II) ma jeszcze kolejne trzy tomy, ale już teraz musi stawić czoła zarzutom, jakie wysuwają internauci.
Chodzi o głosy, jakie pojawiły się na forach internetowych Empiku, Merlina i portali dla miłośników literatury grozy. Czytelnicy powieści J.R. Ward są zbulwersowani tym, że w wydaniu polskim doszło do zmiany imion głównych bohaterów. Wydawca wyjaśnia, że był to świadomy zabieg tłumaczki, która chciała oddać ukryty sens poszczególnych imion. Amerykańskie imiona wampirów tworzących Bractwo oddają cechy charakteru noszących je postaci. Zgodnie z wampirzą tradycją wszystkie zawierają literę „h”.
Tłumaczka posługująca się pseudonimem Zuzanna Załęska, postanowiła znaleźć ekwiwalenty dla tych słów i by nie zatracić wampirzego charakteru imion, dodała do każdego z nich literę „h”. I tak powstały odpowiadające sobie pary imion:
Wrath (amer. wrath - gniew) - Ghrom (pol.)
Thorment (amer. torment – tortura) – Tohrtur (pol.)
Vishous (amer. vicious wredny) – Vrhedny (pol.)
Rhage (amer. rage – gniew) – Rankohr (pol. Rankor – staropolskie: gniew)
Phury (amer. fury – furia) – Furiath (pol.)
Zsadist (amer. sadist – sadysta) – Zbihr (pol.)
Niektórzy czytelnicy zrozumieli sens tego zabiegu i docenili kreatywność tłumaczki. Ci, którzy znali amerykańskie wydanie powieści, przyzwyczaili się do oryginalnych imion i polska wersja wydała im się dziwaczna.. Wydawca broni stanowiska tłumaczki i redaktora książki, wychodząc z założenia, że taki zabieg wydobywa dodatkowy sens poszczególnych imion i wzbogaca charakterystykę postaci. Taka praktyka jest stosowana przez tłumaczy już od dawna, w wielu wypadkach z bardzo pozytywnym skutkiem, by wspomnieć chociażby klasyczny przykład Kubusia Puchatka. Zarzutów związanych z tłumaczeniem nazw własnych nie ustrzegli się jednak nawet doświadczeni tłumacze książek Joan Rowling czy Tolkiena. Jakie nazwy tłumaczyć i jak daleko posuwać się przy spolszczeniach, wciąż pozostaje gorącym tematem dyskusji wśród fachowców i czytelników, którym nie jest obojętne co czytają.




