Recenzja książki "Dziewczyna z sąsiedztwa"
Bez wstępu. Bez notki biograficznej o autorze. Bez krótkiej historii o powstaniu książki. Bez wynurzeń. Mogłoby się właściwie obyć bez recenzji dłuższej niż jedno słowo. „Dziewczyna z sąsiedztwa” Jacka Ketchuma potrzebuje tylko epitetu – fenomenalna. Postawienie jednak wszystkiego na jedną kartę i zakończenie owego tekstu powyższym stwierdzeniem nie zaspokoi ani oczekiwań czytającego, ani ego autora. Po dwudziestu latach od światowej premiery, polski czytelnik może wreszcie sięgnąć po jedną z najciekawszych książek współczesnej literatury amerykańskiej. Nie bez przyczyny poprzedniemu zdaniu nie towarzyszy dopisek „grozy”, bowiem omawiana powieść wykracza daleko poza gatunkowe ramy i jej przynależność do literackiego horroru jest czysto umowna.
Często patrzymy na ów gatunek przez pryzmat tytułów dla niego charakterystycznych i typowych, a przecież nierzadko to właśnie pozycje skrajne, stąpające po cienkiej granicy oddzielającej horror od obyczaju czy dramatu, znajdują sobie największy poklask. Pojawia się jednak pewien szkopuł – „Dziewczyna z sąsiedztwa”, jakby na nią nie patrzeć, faktycznie jest powieścią grozy. W ten sam sposób, w jaki były nimi „Władca much” Williama Goldinga lub „Zerwać pąki, zabić dzieci” Oe Kenzaburo. Dobór tytułów nie jest przypadkowy, albowiem to właśnie pierwszy z nich Jack Ketchum wymienia jako bezpośrednią inspirację dla jego najsłynniejszej książki. Jednak nie tylko fikcja, ale również prawdziwa historia stała się kanwą głośnej powieści Amerykanina i w znacznej mierze pokrywa się z jej fabułą. Nie będziemy więc zajmować się, notabene niezwykle interesującym, przypadkiem Gertrude Baniszewski, lecz sięgniemy od razu po opowieść o Ruth Chandler, snutą przez jej byłego sąsiada, Davida Morana.
Narrator, teraz trzydziestokilkuletni mężczyzna, cofa się do lat nastoletnich, przybliżając czytelnikowi postaci Ruth, samotnej matki-alkoholiczki, jej synów: Donniego i Williego, oraz tytułowej dziewczyny z sąsiedztwa, nieco starszej od chłopców, Meg. Ruth, w opinii okolicznej dzieciarni, uchodzi za wzór rodziciela: spędza całe dnie na kanapie przed telewizorem, częstuje piwem, jej drzwi są zawsze otwarte, pomimo atomowej psychozy Stanów Zjednoczonych lat pięćdziesiątych. W tej scenerii, opisanej stylem mrocznego alter-ego Harper Lee, próg domu Ruth przekracza Meg wraz z młodszą, kaleką siostrą. W nowej lokatorce kobieta widzi personifikację szansy, której sama nigdy sobie nie dała – szansy na życie wolne od pogardy żywionej do siebie i swego ciała, szansy na szacunek i godność. Nienawiść do Meg zaczyna się od przekleństw, zakazu dostępu do lodówki, okazjonalnej przemocy fizycznej. Eskalacja zachowań agresywnych następuje szybko, w jej wyniku nastolatka ląduje w wybudowanym pod domem schronie, który stanie się jej więzieniem na najbliższe tygodnie.
Strony „Dziewczyny z sąsiedztwa” przepełnione są grozą niesłychaną – Ketchum gra na emocjach i wrażliwości czytelnika niezwykle sugestywnie, każda linijka wrzyna się głęboko w umysł, zostaje w pamięci na długo. Amerykanin nie potrzebuje duchów ani potworów zza grobu, by horror stał się namacalny i wypalił na nas swe piętno. Przerażające jest to, iż twarze oprawców z powieści nie tylko „wydają się znajome”, one po prostu SĄ znajome! Książka wykorzystuje podświadome lęki każdego z nas, że człowiek na ulicy może okazać się mordercą, a sąsiad – psychopatą; pokazuje, jak banalne jest zło i jego istota, daleka od tej mitologizowanej często przez popkulturę. Strach obleczony zostaje w ciało, autor nie daje pozoru realności, on realność przyzywa i, z socjologicznym wręcz zacięciem, dokumentuje. Pisze o znieczulicy, o ambiwalencji moralnej, ukrytej pomiędzy wierszami pierwszoosobowej narracji. Wydźwięk powieści nie jest jednoznaczny z uwagi na fakt, że katami Meg są jej rówieśnicy, dwunasto-, trzynastolatkowie i „Dziewczyna...” nie poddaje się łatwej ani jednoznacznej ocenie – każdy indywidualnie rozpatrzy we własnym sumieniu to, co w książce odnajdzie.
Obok złożonej psychologii, podświadomej analizy przyczyn i skutków eskalacji przemocy, David Moran rejestruje i opisuje makabrę, której był częścią. Uwięziona w schronie, Meg jest bita, gwałcona, poniżana. Trudno nawet spisać listę bestialskich czynów, których dopuściła się Ruth i jej wychowankowie, bo i nie o tym, wbrew pozorom, cała opowieść traktuje. Owszem, Ketchum jest bardzo dosłowny w opisie scen brutalnych, lecz jego książka nie jest tanim skandalem. Oprócz szoku i terroru, znajdziemy w niej wiarę w godność ludzką, której nikt nie jest w stanie człowiekowi odebrać.
„Dziewczyna z sąsiedztwa” wymyka się klasyfikacji gatunkowej, nie zważając na fakt, że jej twórcę zaszufladkowano w większości mediów jako pisarza stricte literatury grozy. Z całą odpowiedzialnością – jest to powieść kalibru „Władcy much”, znakomita propozycja współczesnej literatury amerykańskiej i jedno z najciekawszych wydarzeń literackich tego roku w Polsce. Jack Ketchum może czuć się pisarzem spełnionym.
Dziewczyna z sąsiedztwa
Autor: Jack KetchumOkładka: Wojciech Jan Pawlik
Tłumaczenie: Łukasz Dunajski
Wydanie polskie: 11/ 2009
Tytuł oryginalny: The Girl Next Door
Rok wydania oryginału: 1989
Liczba stron: 300
Format: 145x205 mm
Oprawa: miękka
Dystrybucja: księgarnie, internet
Wydanie: I
Cena z okładki: 29,90 zł






