Umiejętny naśladowca
Najpierw była powieść Johna Ajvide Lindqvista o małej wampirzycy, potem kinowa adaptacja autorstwa Tomasa Alfredsona. Film znacznie złagodził fabułę, wycinając większość odpychających wątków, ale nawet mimo tego był dziełem wybitnym, jednym z najlepszych horrorów ostatnich lat. Nic więc dziwnego, że o szwedzki pierwowzór upomniało się wreszcie Hollywood. Nie pierwszy raz Fabryka Snów czerpie z kinematografii skandynawskiej, żeby wspomnieć chociażby o Bezsenności Christophera Nolana czy nadchodzącej Dziewczynie, która igrała z ogniem Davida Finchera.
Alfredson był przeciwny amerykańskiej wersji, bo jego zdaniem kręcić remake powinno się jedynie wówczas, gdy oryginał był kiepski. Co interesujące, początkowo odmówił również Matt Reeves (Projekt: Monster), któremu od początku proponowano fotel reżysera. Zmienił zdanie dopiero po przeczytaniu książki i obiecał jej autorowi, że nakręci na jej podstawie całkiem nowy film, a nie remake. Czy dotrzymał słowa jest kwestią mocno dyskusyjną, bo podobieństwa w obu ekranizacjach są uderzające.
Owen to cichy, nieśmiały dwunastolatek, mieszkający w małym, zaśnieżonym miasteczku Los Alamos w stanie Nowy Meksyk. Jego rodzice się rozwodzą, chłopiec mieszka z matką w małym mieszkanku. Nie ma żadnych przyjaciół na podwórku, w szkole gnębiony jest przez trójkę kolegów z klasy. Kiedy do mieszkania obok wprowadza się jego rówieśniczka Abby, wszystko ulega zmianie. Blada, zamknięta w sobie dziewczynka, chodząca boso po śniegu i unikająca światła słonecznego, zaprzyjaźnia się z Owenem i uczy go jak stawiać czoła swoim prześladowcom. W okolicy zaczynają ginąć ludzie... Co okaże się silniejsze - strach Owena przed nieznanym czy jego budzące się uczucie do Abby?
Amerykańska wersja Pozwól mi wejść zachowuje klimat szwedzkiego pierwowzoru. Wyblakła, zimowa paleta kolorów, powolna narracja przerywna nagłymi i krótkimi wybuchami przemocy, oszczędne epatowanie grozą, wzruszające sceny. Ciekawym zabiegiem jest decyzja o niepokazywaniu twarzy matki Owena, czyniąca z niej jedynie wytłumiony element tła, potęgująca tylko poczucie alienacji chłopca. Znakomicie na ekranie (razem i osobno) wypadają Kodi Smit-McPhee w roli Owena i Chloe Grace Moretz jako Abby. Biorąc pod uwagę ten film oraz ich poprzednie dokonania (Smith-McPhee zagrał syna Viggo Mortensena w Drodze, a Moretz wypadła fantastycznie jako Hit-Girl w ekranizacji komiksu Kick-Ass), tym dziecięcym aktorom wróżyć można wielką karierę.
Reeves bardzo udanie dokonał przeniesienia fabuły w amerykańskie realia lat 80., dbając o drobne detale, jak przemówienia Ronalda Reagana w telewizji, muzykę z “epoki” słyszaną w tle czy automaty do gier. Położył jednak kompletnie dwie kluczowe dla całości sceny: tą dającą tytuł filmowi pozbawił emocjonalnego ładunku, finał zaś jest dużo mniej efektywny i zacgwycający wizualnie niż w oryginale.
Wszystkie mocne strony Pozwól mi wejść nie są też w stanie zmienić jednej rzeczy: jest w zasadzie filmem zbędnym. Nie wniósł nic nowego, a wręcz okroił materiał źródłowy. Zniknął gdzieś Reeves-wizjoner znany z Projektu: Monster, a pozostał tylko umiejętny naśladowca. I chociaż nie powinno to zniechęcać do obejrzenia jego nowego filmu, to trzeba mieć świadomość tego faktu: amerykańska wersja jest dobra dlatego, że jest kopią rewelacyjnego szwedzkiego oryginału.




